niedziela, 13 kwietnia 2014

Europa - Lizbona, czyli święta inaczej


Święta w Lizbonie. Niezapomniane, słoneczne i wolne od wszelkich "musisz", "powinniśmy", "co pomyślą", "co powiedzą". Bez wędrówki między domami. Wolne od jajka w majonezie. Święta w podróży. Doskonały sposób na odpoczynek. Najbardziej wysunięta na zachód stolica europejska zaprasza. 

Czy święta, o ile się je obchodzi, to zawsze siedzenie za stołem i wpychanie w siebie kolejnego kawałka *jajka, kiełbaski, ciasta, sałatki z za dużą ilością majonezu, miski żurku? Czy święta tylko tradycyjnie i rodzinnie? Czy święta zobowiązują do czegoś, co było zawsze? Czy może właśnie są doskonałą okazją, żeby się na chwilę wyrwać, odpocząć i skorzystać z wolnych dni? Dwa lata temu spędziłam rodzinne święta w Portugalii. Przyznaję, jedne z najbardziej zapamiętanych. Chętnie powtórzę.
*niepotrzebne skreślić


Wyobrażenie, a rzeczywistość 

Święta świętami, co z Lizboną? Nie mogę powiedzieć, że  mi się nie podobała, bo bym skłamała. Jest tam wiele wspaniałych, interesujących miejsc i rzeczy, które trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby je poczuć. Jednak nie wiem czemu, spodziewałam się czegoś więcej, jakiegoś niewypowiedzianego zachwytu, czegoś coś powali mnie na kolana... To dla mnie zawsze było jedno z TYCH miast. Miasto, które znałam od zawsze, i które musiałam odwiedzić. Przyznać muszę, że coś w sobie ma. Jednak magii dużo więcej w wyobrażeniu było niż w tym, co nas tam spotkało. 
Przyjechałam do Lizbony z niewielką wiedza na temat tego miasta. Pomyślałam, że wszystkiego dowiem się na miejscu. W głowie miałam tylko kilka przypadkowych scen z filmów, czyli tramwaje jadące małymi uliczkami pod górę i bruk. 

Wirujące place

Jedna z pierwszych rzeczy, które przychodzą mi na myśl, kiedy mam opisać Lizbonę, to place. Miasto pełne (i tutaj zaczyna się mój dylemat) "placy czy placów", ale dzięki autokorekcie, już wiem - Lizbona miasto pełne placów. W centrum jeden jest tuż przy drugim. Dzieli je od siebie często tylko kawałeczek uliczki. Jakże przyjemnie odpoczywać na nich wygrzewając się w wiosennym słońcu. 


Porozumiewamy się

Myślałam, że skoro na lotnisku od razu udało mi się znaleźć odpowiedni przystanek autobusowy, to dotarcie do hotelu będzie proste. Oczywiście nie miałam racji. W portugalskim słowa wymawia się całkiem inaczej niż się je pisze i inaczej niż nam się wydaje, że powinno się wymawiać, więc porozumienie się z kierowcą autobusu zajęło chwilę. Wysiadłam z autobusu, na przystanku o dziwnej nazwie. Poszłam, jak się okazało, w przeciwnym niż trzeba kierunku, a skoro nie znalazłam swojej ulicy, to postanowiłam w spokoju napić się kawy i po prostu zapytać w o drogę. 
Ludzie mieszkający na południu chyba z zasady są mili, otwarci i pomocni. Całe szczęście, gdyż przez cały wyjazd mówiłam po hiszpańsku, mając nadzieję, że mnie zrozumieją i jakoś uda nam się dogadać - tak też było, poza jednym "herbacianym" przypadkiem, kiedy dostałam nie do końca takie zamówienie, na jakie liczyłyśmy. Możecie uznać to za ignorancję, ale stwierdziłam, że będę mówiła w tym języku, który znam, zamiast próbować udawać, że wiem coś o portugalskim, poza oczywistymi powitaniami, które jednak jakoś przyswoiłam. Całe szczęście oba języki (hiszpański i portugalski) są do siebie jakoś podobne, a i ludzie, z którymi miałyśmy do czynienia okazali się wyrozumiali. 

Miasto na spacer

Podczas pierwszego spaceru, przerywanego postojami w ramach ucieczki przed deszczem, okazało się, że znajdzie się tutaj kilka interesujących zakątków... Miasto położone na wzgórzach, więc, jak sami się domyślacie, oferuje wiele punktów widokowych. Masz wrażenie, że wciąż albo się wspinasz albo schodzisz z góry. 



Upadłe mury

Lizbona, poza pięknymi, czarującymi, olśniewającymi i pełnymi turystów tramwajami, tramwajami - windami, jest moim zdaniem zaniedbana, rozpadająca się i krzycząca o pomoc. Choć z drugiej strony, może taki jej urok...


O jedzeniu nie powiem wam wiele

Super typowego, regionalnego, portugalskiego jedzenia niestety chyba nie udało nam się odnaleźć, ale za to piłam najmniejszą w swoim życiu kawę z mlekiem - w filiżance na espresso i zjadałam przepyszny deser - gotowane w mleku jajka! Oczywiście było wino - popróbowałyśmy lokalnych win i porto. Był też dorsz (bacalhau), który podobno jest specjalnością regionu. Mam wrażenie, że jednak nie udało nam się trafić w dobre miejsce, więc nie wspominam. 



Moje najpiękniejsze migawki lizbońskie 


Po pierwsze Starówka, czyli miasteczko wokół zamku. Oczywiście wąski uliczki. Miniaturowe drzwi, jedne przy drugich. Tutaj nie ma się mieszkania na paterze, pierwszym czy drugim piętrze. Jeśli posiada się mieszkanie czteropokojowe, to znaczy, że ma się po jednym pokoju na każdym piętrze. Niesamowite miejsce. Kiedyś otoczenie zamku, dziś miejsce życia biedniejszej części społeczeństwa. Zabytek, w bardzo ciekawym otoczeniu prania. Można w czasie spaceru wybrać coś dla siebie... albo przynajmniej zrobić kilka interesujących zdjęć.


Tuż przy przystanku, na którym wysiadałam znalazłam piękną - francuską (!) - stację metra i interesujące graffiti.



Bruk jest doskonałym skojarzeniem ze słowem Lizbona - rzeczywiście jest wszędzie, współczuję wszystkim kobietom, które wybrały się na spacer uliczkami w jakichkolwiek butach na obcasie.


Tak wiele mówi się o londyńskich, czerwonych budkach telefonicznych. Dlaczego nikt nie rozsławia tych lizbońskich. Białe, murowane budki telefoniczne - chyba jeden z najciekawszych dla mnie elementów tego miasta. 


Tramwaje. Być w Lizbonie i nie przejechać się tramwajem to chyba uczynek nie do wybaczenia. Rzeczywiście są stare, drewniane. Niektóre wjeżdżają bardzo wysoko. Dzięki nim nie trzeba się wspinać po setkach schodów. Część z nich wygląda niczym tramwaje, jednak nazywana jest windami. 


Zabytkowa winda w centrum miasta - Elevator de Santa Justa. Zamiast pokonywać setki schodów można do dzielnicy nad centrum dostać się właśnie tą ponad 100 - letnią windą. Zaprojektował ją Raoul Mesnier de Ponsard, podobno był uczniem Eiffela. Winda od 1902 roku wozi Portugalczyków, więc czemu nie stać się częścią historii podczas jazdy w górę lub w dół. 



Pomnik odkrywców to 52 - metrowy statek gotowy, aby wyruszyć w podróż. Tam Henryk Żeglarz, Vasco da Gama i Magellan. W takim miejscu po prostu czuje się ducha odkrywców nowych lądów. Nad samym Atlantykiem, gotowi do drogi. Fantastyczne wzory  mozaiki na chodniku dopełniają podróżniczy zachwyt. Pomnik stał się symbolem Lizbony i morskich podróży. 


Czy to TA Lizbona?

Nie wiem, mam mieszane uczucia. Wyobrażałam sobie więcej, nie wiem dokładnie, jak wyjaśnić, w jaki sposób więcej. Ale mimo wszystko TO Lizbona... Miała mnie zachwycić przez wielkie Z! Może jednak nie można zbyt wiele oczekiwać. Może na to wszystko wypłynęło też to, że Lizbona pełna była turystów, takich, jak i my, ale jednak Turystów, może to też spowodowało, że nie udało mi się wczuć w atmosferę. 


Na szczęście był to weekend świąteczny z rodziną. Było dużo śmiechu, kolejnych przyjemnych chwil, innych niż zwykłe. Marysia przeżyła na wibrującym placu (Rossio) swój pierwszy raz - koleś wyrwał jej komórkę z ręki, kiedy  to spokojnie siedziałyśmy na kawie. Nie zdążyła nawet się zorientować co się stało, a jego już nie było.
Pojeździłyśmy tramwajami, autobusami, metrem, zobaczyłyśmy wszystko, co wydawało się warte uwagi. Było przyjemnie, intensywnie i krótko.


Portugalia? Pewnie tak, ale tym razem kolejny kierunek, może Porto?

4 komentarze:

  1. Witaj ponownie!
    Z chęcią przeczytałam całość :) Nigdy nie byłam jeszcze w Portugalii...
    choć jest mi bliska ze względu na moją pracę dyplomową w szkole średniej jeszcze :)
    Dzięki za miłą wirtualną wycieczkę.
    :)
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że do mnie zajrzałaś.
    To tylko malutki kawałek Portugalii, do której mam nadzieję wrócić po więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie się czytało. Chętnie spędziłabym święta na wyjeździe, jednak praca nie pozwala mi na takie wyjazdy, jeśli wszystkiego wcześniej nie zaplanuję. Lizbonę miałam okazję trochę zwiedzić, bo ile można zobaczyć w jeden dzień. Za to Porto mi się marzy, bo widziałam tylko tyle co z okien autokaru.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj, w kwietniu z moją przyjaciółką wybieramy się na 5 dni do Lizbony. Marzy mi się zobaczyć ją również od "dzikiej" strony, mniej popularnej, spokojnej. Chciałabym zobaczyć winnicę znaną z reklamy wina El Sol jednak nie wiem do końca jak tam dotrzeć ( pracuję nad trasą). 7 lat temu byłam w Lagos i Faro - zakochałam się w tych miasteczkach i tamtejszych plażach (raj na ziemi). Teraz boję się że Lizbona może nie do końca mi się spodobać bo będę porównywać ją do południa Portugalii....

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons