poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Francja - Podróż na północ... czyli południe.


Tym razem wywiało mnie na krótkie wakacje właśnie w kierunku południowej Francji. 
Fidel zapytał "Po co ty tam jedziesz?! Przeprowadziłaś się do Hiszpanii, a teraz na wakacje wyjeżdżasz nad morze do żabojadów?!" ... No właśnie, o to jest pytanie: czemu? Hm..a czemu by nie. Jak było? Kawałek teraz, część plażowa później! 
Na początek zawędrowałam, a raczej zaleciałam do stolicy - uwaga! - Langwedocji(nawet nie wiedziałam, że jest taka prowincja we Francji!), czyli Tuluzy. To tysiącletnie miasto nazywa się różowym - la ville rose - dlaczego? Wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Cała zbudowana jest z czerwonej cegły. Poniżej jedna z wielu podobnych do siebie uliczek i róg uroczej Ulicy Jabłka - Rue de Pomme.
Tuluza różowa, parna i pełna ludzi ma do zaoferowania kilka ciekawych miejsc do zwiedzania, a w tym piękne katedry. Już przygotowana była na opłacanie wstępu, kiedy ku memu zdziwieniu okazało się, że w żadnej z nich, pomimo, że tak wiekowych nie trzeba płacić. Viva La France!
Jak już kiedyś mówiłam, w podróży nigdy nie jest się samemu. W hostelu - petit auberge - poznałam mnóstwo interesujących ludzi. Podróżników z talentami. Spędziliśmy bardzo muzykalną, głośną i wesołą noc... ku utrapieniu sąsiadów. 

Jedna z uroczych wystaw sklepowych zapraszających na letnie wyprzedaże...
Taxis - to kiedyś opowiem przy szklance.. winka.    
 Ktoś chętny? Szuka właściciela...
 Z Tuluzy pojechałam do Agde, ale tym miejscu w osobnym rozdziale. 
Po tygodniu na wybrzeżu, z przesiadką w Avignon, gdzie niestety nie miałam dość czasu, aby obejrzeć most, dotarłam do Marsylii. 
 Wystarczyło wysiąść z pociągu i okazało, że jedne z najprzyjemniejszych widoków podziwiać można właśnie z tarasu przed dworcem St Charles. 
A i sam dworzec i wejście do niego przepiękne, zabytkowe. W środku zaś nowoczesne, z doskonałym systemem informacji. 
Przed dworcem natomiast, jak i w całej Marsylii, mnóstwo bezdomnych w swoich koczowiskach. 
Marsylia leżąca w Prowansji, która to już w samej swojej nazwie mieści smaki i zapachy, sprostała wyzwaniu i zachwyciła mnie swoimi kulinarnymi dokonaniami.
Na obiad w niezachwycającej wyglądem, ale pełnej ludzi (a to o czymś świadczy) restauracji dostałam garnek przepysznym muli gotowanych w maśle i winie. Chętnie powtórzyłabym to doznanie za 12 euro... Poza niewątpliwie rewelacyjnymi mulami przyniesiono mi białe winko i poskręcane frytki z prawdziwych ziemniaków krojonych "jak popadnie"... było pysznie. 
Rozochocona pozytywnymi, popołudniowymi doznaniami kulinarnymi na kolację wstąpiłam do bretońskiej naleśnikarni. Było warto! Naleśniki były dwa (do tej pory nie wiem, jak je zmieściłam). Na pierwsze danie na słono z kremem serowo - porowym i przegrzebkami świętego Jakuba, czyli coquilles Saint  - Jacques, a później na słodko, to już tylko z łakomstwa, z kremem karmelowym i słonym masłem, specjalność domu. Wszystko to w towarzystwie kiru bretońskiego - czyli cydru w wydaniu poziomkowym. 
Przygoda kulinarna zakończyła się następnego poranka tradycyjnym 'petit dejeuner', czyli kawą z mlekiem na zimno, sokiem z pomarańczy (wybitnie mało słodkim, chyba Hiszpania mnie rozpuściła pod tym względem) i oczywiście croissantem. 
Wspięłam się na sam szczyt do katedry, którą wcześniej można podziwiać było na zdjęciu z dworca. I to była moja 'droga krzyżowa', odpokutowałam za grzechy słodkiego lenistwa na plaży. 
 Droga na szczyt usiana była wieloma przystankami na drodze tysiąca schodów. Znalazłam mini drzwiczki do kamieniczek, które myślami zabrały mnie do starówki w Lizbonie. 
A jako, że świat jest bardzo mało pod katedrą spotkałam Polaków. Adrian, Michał i Przemek na stałe mieszkają w Szkocji, a z racji, iż we Francji za mieszkańcami wysp się nie przepada postanowili ułatwić sobie jazdę samochodem pokazując, że pochodzą z bardziej przyjaznej ziemi. Grunt to kreatywność! Przy okazji chłopcy zabrali mnie do centrum i nie musiałam już wędrować schodami w dół.  
Południowofrancuskie   miasta chronią się przed słońcem jednakowymi okiennicami, jedynie kolory się zmieniają. Sama Marsylia - to niewielkie miasto portowe - nie jest piękna, bo zniszczona, brudna, obecnie rozkopana, ale ma w sobie coś, co zabiera w inny świat. 
 Spacer po Starym Porcie zabrał mnie myślami, tym razem, do Paryża, czasów wieczornych pikników nad Sekwaną. Cała Francja żyje tym samym rytmem w upalne letnie wieczory. 
Kolejne piękne miejsce..otoczone śpiącymi na ławkach bezdomnymi...
 Port o poranku w drodze na lotnisko okazał się błogim dla oczu miejscem...
 Gdyby nie liczyć "smierdzącego" i gwarnego targu rybnego...byłoby idealnie do odpoczynku.
 Południe Francji... dla mnie bardzo krótko i intensywnie, ale dzięki temu wiem, że jeszcze tam wrócę. Pooddychać wilgotnym, morskim powietrzem, nacieszyć oczy widokami kamienic, gór i kościołów, ale też rozsmakować się w tym, co najlepszego mają do zaoferowania. 
Poranek był ciężki. Z zapuchniętymi oczami, na śniadanie, a później do samolotu i... witaj "szara" hiszpańska rzeczywistości! 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons