niedziela, 4 grudnia 2011

Wielka Brytania (?) - Gibraltar - na ziemi wroga

Miałam całkowitą swobodę w planowaniu trasy. Nie jest łatwo zdecydować, co warto zobaczyć, a czego nie. Ile osób tyle opinii. Niby mówi się, że warto, że trzeba, że wypadałoby zobaczyć jakieś miejsce, kiedy jest się już tak blisko. Ale z drugiej strony później okazuje się, że więcej zachodu, niż było to warte. Jeśli chodzi o Gibraltar to rzeczywiście warto się tam wybrać. Drogo, jak cholera, ale nadal uważam, że akurat tym razem warto było spędzić tak kosztowny dzień. 

Wszystkie przewodniki piszą o tym, że najlepiej samochód zostawić po hiszpańskiej stronie i na Gibraltar wybrać się pieszo lub busikiem, które kursują przez granicę. Taki miałyśmy plan, skoro wskazówki w przewodniku sugerują, że jest to najwygodniejsze i najrozsądniejsze wyjście. Na szczęście nie udało nam się znaleźć miejsca wystarczająco blisko, jakieś mało zdecydowane byłyśmy. Postanowiłyśmy spróbować pojechać samochodem, najwyżej zawrócimy. Jak się okazało czasem nie warto słuchać przewodnikowych wskazówek. Granicę przejechałyśmy niemal niezatrzymane, na Gibraltarze udało nam się znaleźć parking tuż przy kolejce, która wwozi na wzgórze, bezpłatnie, blisko wszystkiego, co potrzebne, wygodnie. 
Jeśli chodzi o wjeżdżanie na Gibraltar, dobrze, że nie posłuchałyśmy przewodnika, natomiast co do wjeżdżania na Skałę to już samodzielnie na szczęście się nie pokusiłyśmy. Marysia chciała wjechać kolejką, tuż przed podjęciem decyzji dopadł nas busdrajver-sęp, który oczywiście proponował nam podróż jego środkiem transportu z niezapomnianymi przeżyciami! Przekonywał, opowiadał, zachęcał i... namówił! Za symboliczną(!) opłatę 20 funtów zapakował nas do busika i ruszyliśmy. (Wycieczka kolejką linową dla porównania kosztowała 15 euro.)
Muszę przyznać, że warto było! Na szczęście wybrałyśmy się z nim! Było rewelacyjnie! Zawiózł, obwiózł wszędzie, gdzie warto dotrzeć. W cenę wycieczki wliczone były bilety wstępu do parku, gdyż skała z fortem, koszarami, magazynami i grotą Św. Michała leżą na terenie chronionym. Kolejka dowozi w jedno miejsce i chętnych na zwiedzanie czeka kilkukilometrowy spacer. Nasz przewodnik okazał się przesympatyczny, otwarty i zabawny. Opowiedział nam historię zawładnięcia hiszpańskiego przylądka przez Anglików, podzielił się z nami obawami, związanymi z makatkami i opisał po krótce sytuację ekonomiczną Gibraltaru, a wszystko to przepięknym, radującym ucho angielskim. 
Makatki, zamieszkujące przylądek, wedle historii są symbolem angielskiego panowania w tym miejscu, dopóki tutaj będą, dopóty przylądek będzie we władaniu Anglików. Małpki całkowicie się zadomowiły i zaprzyjaźniły z turystami licznie odwiedzającymi skałę. Niestety przybysze, jak zawsze nie przejmują się prośbami i apelami o niedokarmianie zwierząt. Jak się okazuje problem jest dużo poważniejszy niż mogłoby się wydawać. Zwierzęta przekarmione i przyzwyczajone do  słodyczy chorują na cukrzycę, niemal wszystkie mają poważne problemy zdrowotne. Problemem nie jest już 'atakowanie' turystów, wyrwanie im jedzenia i innych przedmiotów. Poważniejsze okazują się zimowe wędrówki małpek do miasta. W okresie, kiedy turystów jest mniej niż zwykle i zwierzęta nie zjadają wystarczającej ilości cukru, wieczorami buszują w koszach na śmieci i wyjadają resztki. Podupadają na zdrowiu i nie wiadomo, co z ich przyszłością. Nasz przewodnik w ramach nagrody dokarmiał je suchym makaronem.
Widoki przepiękne, ogromny port, błękit morza i nieba. Najciekawszym elementem jest droga wjazdu na Gibraltar, która nadal, ale być może niedługo, z racji budowania podziemnej obwodnicy, wiedzie przez pas startowy. Opis a rzeczywiste przeżycie, to dwie różne rzeczy. Niby nic takiego, nawet się nie zorientujesz, że to już, ale w rzeczywistości, kiedy sobie uświadomiłam, że tylko dzięki światłom wiem, że akurat nie będzie lądował żaden samolot, który mógłby zmieść nasz samochód z powierzchni ziemi, jakoś wyobraźnia zaczęła działać. Pas jest krótki i przyjmuje tylko kilka samolotów dziennie. Fascynujące - z morza do morza!
Gibraltar malutki, odizolowany od matki - Anglii. Doskonale radzący sobie ekonomicznie, właściwie nie ma tam bezrobocia. Każdy, kto chce pracować może to robić. Turystka, gastronomia i przemysł w porcie kwitną. Ciekawie zajrzeć do takiej oazy, gdzie niemal każdy rodowity, mieszkający tam "Anglik" ma hiszpańskie korzenie. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons