wtorek, 6 grudnia 2011

Hiszpania - Stolica Sherry - Jerez de la Frontera


Prowadzone GPSem dotarłyśmy naszą czerwoną strzałą do Jerez. Było już późno. Pierwsze co mnie zaskoczyło to wielkość miasta. Byłam przekonana, że zmierzamy do małego miasteczka, kojarzyło mi się z winem, polami i winiarniami gdzieś poza cywilizacją. Okazało się, że jest to dwustu tysięczne miasto, które całkiem nieźle prosperuje. Nauczka na przyszłość, zwracamy uwagę na liczby, które znajdują się gdzieś w przewodniku, choć z drugiej strony, co to za podróż bez żadnych niespodzianek. 
Samo Jerez za czasów panowania arabskiego nosiło nazwę Sherish, z czasem zamienione na Xeres oraz Xerez, a ostetcznie wyewoluowało w Jerez (czyt. heres). Całkiem zbliżone do Sherry, nazwy tradycyjnego trunku, który się tam produkuje. Cały region ma do zaoferowania właśnie swoje wino. Do zwiedzania zalicza się głównie bodegi (czyli winiarnie), kilka pięknych kościołów, niektóre w stanie rozkładu, podobnie jak część miasta oddalona troszkę od centrum. 
Skoro w Jerez de la Frontera główną atrakcją są winiarnie musiałyśmy jedną z nich odwiedzić, co tu ukrywać z takim właśnie zamiarem przecież tu przyjechałyśmy. Chciałabym zwrócić w tym miejscu uwagę, że mówiąc sherry nie mam na myśli likieru wiśniowego, a mylenie tych dwóch alkoholi jest, przynajmniej w Polsce, nie wiem, jak w innym krajach, dość powszechne. Sama myślałam, że będziemy kosztować jakiś naleweczek czy coś...
Całkiem nie wiem w jaki sposób wybrałyśmy bodegę Tio Pepe. Chyba przypadkiem wpadła nam w ręce ulotka. Zamówiłyśmy miejsce, a może tylko zadzwoniłyśmy zapytać czy trzeba...? Po południu, po kawie na rynku ruszyłyśmy do winiarni, zakupiłyśmy bilety i oddałyśmy się grupowemu zwiedzaniu. Dostępne były dwie grupy, w dwóch wersjach językowych. Jak się okazało miałyśmy szczęście, gdyż jako pierwsza grupa wyruszył tłum , na oko około 30 osób, głośnych, ciągnących za sobą dzieci (dzieci w winiarni?!) Hiszpanów. Natomiast my w drugiej spokojnej, 10 osobowej angielskojęzycznej grupie miałyśmy okazję na pytania, śmiechy, żarty i spędzenie dwóch godzin w przemiłym towarzystwie. 
Nasz przewodnik wyjaśniał zagadki i tajemnice uprawy winorośli. Opowiadał o przechowywaniu wina, o przelewaniu go z beczki do beczki, o poziomach, dzięki którym wiemy, jak długo już leżakuje, o temperaturze, o przypadkowym odkryciu brandy, przy użyciu której wzmacnia się wino, o regionach wyrobu win w Hiszpanii, o legendach i sławnych osobistościach odwiedzających bodegę. Wiózł nas mały pociąg, mijaliśmy ogromne pawilony pełne wina, spacerowaliśmy zacienionymi przez winorośle chodnikami, dającymi przyjemną, znośną  i przyjazną dla wina temperaturę nawet latem.
Ostatnią częścią zwiedzania bodegi była degustacja. W moim odczuciu niezwykle udana! Po tłumaczeniach, instrukcji obsługi, smakowaniu i wąchaniu mogliśmy w spokoju zacieśniać międzynarodowe przyjaźnie rozkoszując się winem. Wszystko to po to oczywiście, aby w doskonałym, także dzięki alkoholowi, humorze wyjść z winiarni zostawiając możliwe dużą ilość środków finansowych w uroczym, firmowym sklepie.  
 
Jerez przywitało nas świątecznymi dekoracjami, nadal nie przyzwyczaiłam się do widoku ubranych w światełka palm! Ale też manifestacjami na ulicach, które mają na celu wywalczenie lepszego, wolnego od kryzysu jutra. Najciekawsze dla mnie było to, że ludzie, którzy założyli obóz i żyli przez jakiś czas na ulicy otoczeni transparentami, zbierającymi podpisy pod petycjami nadal mieli czas i chęć na muzykę i uśmiech. To takie zderzenie, które sprawiło, że ta cała walka o lepszy byt była jakaś nierzeczywista. Z jednej strony żyjemy w strasznych warunkach, chcemy aby było lepiej, ale z drugiej bawimy się w naszym 'koczowniczym' obozie przy muzyce i pokazujemy radość życia! 
Do zobaczenia Jerez!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons