piątek, 30 września 2011

Hiszpania - Benissa - czyli zorientuj się zanim pojedziesz


Moja wycieczka z widokami i przygodami! Niewątpliwie poza tym, że była naprawdę piękna to też przyniosła ze sobą, może błahą, ale nauczkę na przyszłość.


Siedziałam w Denii i wertowałam w tę i z powrotem przewodnik po wybrzeżu! Co by tu zobaczyć? Dokąd jeszcze teraz się wybrać, a dokąd już z kolejnego punktu? Padło na Benissę! Wyczytałam, że ładnie, że ciekawie, że warto i najważniejsze –że niedaleko! .. bo zaledwie jakieś 20 minut pociągiem i niecałe dwa euro na bilet.. plan był dobry! 


Kupiłam bilety, wsiadłam do kolejki i ruszyłam! Okazało się, że nie dość, że zobaczę Benissę, to w dodatku przypadkiem trafiłam na widoki, których opisem zachwycałam się czytając przewodniki. Gaje pomarańczowe! Fascynujące! Ciągnęły się całymi kilometrami! Uschnięte i zwiędłe pomarańcze na drzewach były co najmniej interesujące. Niestety kolejka pomiędzy miasteczkami nie jest szybkim pociągiem, który bezszelestnie i powoli przemyka między stacjami. Droga jest pełna wybojów i pociąg jedzie dość szybko, co dla mojego aparatu okazało się zbyt dużym wyzwaniem i nie udało mi się zrobić zdjęć, którymi byłabym usatysfakcjonowana. Niemniej jednak widoki były przepiękne. Gaje pomarańczowe, jak mówiłam, gaje oliwne, plantacje winogron. Ziemia zionęła suszą i ciepłem, a nawet gorącem. Wszędzie piasek, a zieleń jakby mniej zielona. Piękne góry ze skalistymi zboczami i czubkami czasami zatopionymi w chmurach. I domy! Domy z basenami, z ogrodami. Całe piękne miasteczka i wioski na wzgórzach. Kiedy tamtędy przejeżdżałam myślałam tylko o tym, jak szczęśliwi są tutaj ludzie. Mają wszystko na wyciągnięcie ręki. Kilkanaście minut nad morze, a kiedy im się zamarzy mogą wędrować po górach lub wspinać się, gdyż góry w tym regionie mają "zbocza pełne wyzwań"! Warto tutaj przyjechać choćby po to, żeby przejechać się tą kolejką. Byłam bardzo podekscytowana, pełna emocji! Zachwycona! 


Wtedy właśnie w pełnej ekscytacji, z przeczuciem, że Benissa będzie przepiękna wysiadłam na stacji. Ludzi było, jakby mało. Pani kontroler w pociągu upewniała się jeszcze czy wiem, że jest to stacja "na żądanie" i, żebym nie zapomniała o przyciśnięciu guzika. Pamiętałam, nacisnęłam i wysiadłam! Nie minęła minuta, zeszłam z peronu i odjechały dwa samochody, został jeden, którego drzwi właśnie się zamykały, a poza tym ani żywej duszy! Jakoś miasta nie było widać, zrobiło się pusto..i w ostatnim przypływie zdrowego rozsądku podbiegłam do samochodu z pytaniem, jak mogę dojść do centrum Benissy. Pan, który  przyjechał po swoją córkę i jej kolegę oznajmił mi, że dojść to nie bardzo, ale mogę pojechać z nimi! Całe szczęście, gdyż jak się okazało kilka kilometrów by mnie czekało, a poza umówionymi samochodami, to raczej niewiele tutaj jeździ. Autobusów nie ma! Szkoda, że zapomnieli o tym napisać w przewodniku!Porozmawiałam troszkę po hiszpańsku, dowiedziałam się, którędy do centrum i ruszyłam na poszukiwanie informacji turystycznej.


Plany miast są całkiem przydatne czasem. Gdyż przewodniki zazwyczaj niewiele mówią o małych miasteczkach. Hiszpania ogólnie mówiąc jest rewelacyjnie zorganizowana pod względem pomocy w zwiedzaniu. Jednak tym razem okazało się, że znalezienie informacji turystycznej nie jest najłatwiejszym zadaniem. Przeszłam jakiś kilometr, zakręcałam na kolejnych skrzyżowaniach, jak mówiły znaki.. i ostatecznie okazało się, że znaki chyba były dla kierowców, bo prowadziły na parking, a ja wróciłam niemal w to samo miejsce, z którego wyszłam, tylko wcześniej nie zauważyłam, że była tam informacja. Pan okazał się bardzo pomocny, wytłumaczył, powiedział, co warto zobaczyć i bardzo ucieszył się, że jestem z Polski.




Benissa, na szczęście, okazała się przepięknym miasteczkiem. Antyczne uliczki zachwyciły mnie i do tej pory je wspominam. Białe domy, schody, wąskie przejścia, czasem nie wiadomo czy dla pieszych, czy dla samochodów. Zamknięte ulice, obrazki świętych na ścianach, kwiaty i uśmiechający się ludzie. Było pięknie i było warto!



Zastanawiam się właśnie nad założeniem osobnego wątku pod tytułem "święci na kafelkach" :)


Nawet deszcz mnie nie przestraszył, szczególnie, że w tym samym czasie nadal świeciło słońce.


W ten sposób, sposobem szwędacza zobaczyłam wszystko, co chciałam, zjadłam obiad, wypiłam kawę i czas najwyższy przyszedł na zbieranie się do domu. ...set lat historii zachwyciło mnie i mogłam zadowolona wracać do Denii. W tym moim całym zachwycie wpadłam na pomysł powrotu "andando", czyli na pieszo. Skoro do pociągu jeszcze ponad godzinka, to pomyślałam, że te kilka kilometrów bez problemu uda mi się przejść. Znów ufnie podążyłam za znakami. W pewnym momencie okazało się, że pobocza "jakby nie ma", za to są zakręty, które wg mojej jakiejś-tam orientacji  przestrzennej prowadziły mnie w dość przeciwnym kierunku. Co więcej oczywiście zorientowałam się, że to nie jest droga, którą jechałam. 


Pobocza niemal nie było, ludzi podobnie, wymarłe okolice, zaczynało się ściemniać, czekałam kilka minut, aż pójdzie sobie zgraja bezpańskich psów.. i po raz pierwszy pomyślałam , że to chyba jednak głupi pomysł był, tak bez mapy, po jednym znaku, który widziałam pół godziny wcześniej.. Ale moim oczom ukazał się drogowskaz!


Wtedy poczułam, że wszystko w porządku, że jest dobrze.. a po kilku minutach na końcu drogi zobaczyłam drugi - identyczny! Było pół kilometra, nadal jest pół.. Nieważne! Zobaczyłam w oddali stację, poczekałam, aż kolejne bezpańskie psy sobie pójdą i szczęśliwie wpadając na stację tuż przed odjazdem ostatniego pociągu wróciłam do Denii.




0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons