wtorek, 15 listopada 2011

Hiszpania - Pomarańczowa Cordoba


Po przylocie do Hiszpanii, pierwszych dwóch dniach w Madrycie, ogromnej ilości oliwy w żołądku ruszyłyśmy w drogę! Pierwsza na liście była Kordoba (Kordowa - w zależności od wersji). Z racji, iż założyłam możliwie minimalne, ale ludzkie koszty zaciągnęłam mamę i siostrę do autobusu, gdyż pociągi są zdecydowanie za drogie, jeśli chodzi o podróżowanie po Hiszpanii przez miesiąc. Jeszcze się kiedyś przejadą. Szczególnie, że koszt podróży autobusem dla trzech osób równał się cenie biletu pociągowego dla jednej z nas. Rachunek, dla mnie, był dość prosty.  


Po pięciu godzinach w autobusie z krzyżówkami i muzyką, która jest dostępna dla każdego, kto posiada własne słuchawki, dotarłyśmy na miejsce. Tutaj już burżujsko przewiozłyśmy się z dworca do hotelu taksówką, która kosztowała nas prawie tyle samo, co jeden bilet. A hotel, za grosze (jak na warunki liczone w Euro, gdyż 3*** cudo kosztowało nas 17 euro od osoby). W samym centrum, przy głównym placu, na starym mieście, które zamknięte jest dla zwykłego ruchu samochodowego, za to pełne knajpek i stoliczków. Jak na początek wszystko ułożyło się doskonale. Tak sobie myślę, że na szczęście, bo później już nie zawsze było tak wesoło, przytulnie i komfortowo.

Cordoba - pierwsza w kolejce. Dlaczego pomarańczowa? Dla mnie na zawsze pozostanie miastem, który będę kojarzyła z tym kolorem. Po pierwsze na każdym rogu rosną drzewka pomarańczowe, w pełnym rozkwicie o tej porze roku, czyli w listopadzie. Wystarczy podnieść rękę, aby dotknąć najprawdziwszych, pachnących słońcem pomarańczy zwisających z gałęzi. 
Po drugie miasto pomimo, że hiszpańskie pełne jest arabskich motywów. Pomarańczowo - piaskowe budynki nawet w chłodny wieczór dają poczucie ciepła. W słoneczny dzień bije od nich żar, upał i piasek. Meczet, który znajduje się w pobliżu rzeki, zachwyca kolumnami, arkadami, rzeźbieniami, mozaiką ułożoną mozolnie na ziemi (podobnie, jak w większości andaluzyjskich miast) oraz dziesiątkami drzewek pomarańczowych na dziedzińcu. Wejście na dziedziniec jest darmowe, natomiast za obejrzenie oryginalnego tysiąc dwustu letniego islamskiego zabytku kosztuje już całkiem niemałą sumę. Wybór należy do zwiedzającego.  

Poza kolorami samego miasta i pomarańczami na drzewach, jedzenie też zapamiętałam głównie właśnie w tych odcieniach. Przede wszystkim Salmorejo! Miłości moja! Andaluzyjska odmiana gazpacho - więcej tutaj http://saabway.blogspot.com.es/2012/05/smaki-hiszpanii-10-grzechow-gownych-cz.html, oczywiście pomarańczowe. 
Pierwszy wieczór postanowiłyśmy poświęcić właśnie jedzeniu. Marysia miała ze sobą bardzo praktyczny przewodnik Hestii (polecam, to, co tam piszą na temat knajp, jest rzeczywiście zgodne z prawdą i można z niego spokojnie korzystać, szczególnie jeśli nie planuje się wydawać kilkuset złotych na kolację!). Wyczytała tam, że na jednej z ulic, której poszukiwanie zajęło nam jakieś pół godzinki krążenia po małych, urokliwych uliczkach, znajduje się rewelacyjna knajpa z przepysznym jedzeniem w rozsądnych cenach, na które mogłyśmy sobie pozwolić. Udało się dotrzeć na miejsce. Trochę niepewnie przestąpiłyśmy próg, bo w środku właściwie ani żywej duszy, poza obsługą i jakimiś dwoma panami podejrzanego pochodzenia. No ale dobrze, nazwa się zgadzała, adres też, więc postanowiłyśmy zaryzykować. Miejsce ogromne, przestronne, wysokie, z balkonami w arabskim półkolistym stylu zawieszonymi nad salą. Trochę nas przestraszyły stoliki wyłożone foliowymi obrusami i plastikowe krzesła. Jednak okazało się, że jedzenie rzeczywiście pierwsza klasa. Zjadłyśmy rozpływający się w ustach ogon byka - rabo de toro, kalmary, które ani trochę nie były gumowate oraz kilka innych drobiazgów. Poza doskonałym smakiem okazało się, że ta kolacja zaprawiona całkiem sporą ilością hiszpańskiego piwka i tinto de verano - czyli wakacyjnego czerwonego wina, które podaje się wymieszane z fantą cytrynową, wcale nie zrujnowała naszego portfela. W ciągu godziny lokal się zapełnił, po czasie już wiemy czemu był pusty..godzina 20 w Hiszpanii, to dość martwy czas, jeszcze za wcześnie na kolację, życie zaczyna się po 21.  
 Cordoba to niewielkie miasteczko, ale nawet w listopadzie pełne turystów i studentów, jak zakładam. Uliczki pomimo chłodu zapełniają się ludźmi z piwkiem w ręku, jest gwarno, tłoczno i wesoło. 
Jednym z widoków, który przykuł moją uwagę był spotkany tuż w pobliżu starego meczetu Burger King. Po raz pierwszy i jedyny widziałam zmieniony z tradycyjnego wizerunek tego fastfooda. Umiejscowiony w zabytkowej kamienicy, z czarno - białymi napisami idealnie wtapiał się otoczenie, nie udarzając wcale swoją tandetnością i 'globalizacją'.
 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons