czwartek, 8 września 2011

Hiszpania - W Walencji, jak w domu


València - to miasto na wschodnim wybrzeżu Hiszpanii, które dla mnie stało się niejako domem. Może nie chciałabym tam mieszkać, to jednak po kilku wizytach czuję, że mam tam kilka swoich miejsc. Walencja to mieszanka wszystkiego, czego turysta jadąc na południe Europy potrzebuje. Swoim stuletnim dworcem, potężną XIII - wieczną katedrą i areną do walki z bykami niesamowicie kontrastuje z super - nowoczesnym Miasteczkiem Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias), a całość obrazu dopełnia ogromna, piaszczysta plaża, do której z łatwością dojeżdża się metrem. Czego chcieć więcej?


Wszystko na dobre zaczęło się 8 września 2011 roku w Walencji, do której,  na zaproszenie poznanego dwa miesiące wcześniej 'grajka ulicznego' Jonathana, dotarłam z ciężkim plecakiem - za ciężkim, na tyle, że część rzeczy musiała po jakimś czasie pocztą wrócić do Polski. Jak to przypadek rządzi życiem. W lipcu piłam ostatnią sangrię przed wyjazdem z Walencji i poznałam człowieka, który sprawił, że jeszcze nie raz wracałam do tego przyjemnego miasta. 



Początek września w parnej i gorącej Walencji był niesamowity. Z jednej strony ciężki. Dopiero co podjęłam decyzję o wyjeździe z kraju na nie wiadomo, jak długo, znalazłam się "w gościach", nie u siebie, nie w neutralnym hotelu, a do tego nie mówiłam praktycznie po hiszpańsku, co wybitnie utrudniało komunikację i porozumienie z Marią Ines - mamą Joniego, u której mieszkałam. Z drugiej jednak strony moi gospodarze okazali się bardzo gościnni, otwarci i troskliwi. Było pyszne kolumbijskie jedzenie, była salsa nocą, było zwiedzanie miasta i hiszpańscy znajomi. 





Nocami piłam kawę lub piwo, czasem w knajpkach, a czasem na chodniku lub jednym z placów. Czytałam książki, słuchałam języka, którego tak bardzo chciałam się nauczyć i namiętnie wypisywałam kartki do rodziny i przyjaciół. 





Chłopaki śpiewają w różnych miejscach, czasem na koncertach, dyskotekach, weselach czy urodzinach, ale też na co dzień ciągną swoje głośniki i gitary po bruku, ustawiają przed knajpkami i umilają czas turystom. To, co mnie zaskoczyło, to pozytywny stosunek właścicieli lokali, którzy w ramach podziękowania za kilka piosenek zapraszają na coś do picia i nawet zazwyczaj znajdą parę groszy "do kapelusza". 


To był interesujący tydzień. Szczególnie jedno wydarzenie, utknęło mi w pamięci. W jeden z wieczorów poszliśmy na urodziny, myślałam, że mamy Filipa, dla której Joni miał śpiewać w ramach prezentu niespodzianki. Okazało się jednak, że była to impreza całkiem innych, niespodziewanych rozmiarów. Wieczorem stanęliśmy przed drzwiami kościoła, chyba ewangelickiego.  Weszliśmy do środka, a tam ponad 60 osób, wszyscy przy zastawionych stołach, na ścianach dekoracje. Chłopaki poszli na scenę, ja stanęłam w kąciku i przyglądałam się tym wszystkim ludziom, którzy zgromadzili się tam z okazji urodzin pastora. Wszystko było dobrze do momentu, w którym śpiewanie się skończyło i duchowny postanowił podziękować muzykom i odwdzięczyć się błogosławieństwem! Co więcej nie tylko im, ja również zostałam wezwana na środek, trochę jak zwierzątko w cyrku -  To nasza przyjaciółka! Przyjechała z Polski! Po potwierdzeniu, że moja rodzina jest katolikami, żeby nie robić afery, ani przykrości, spędziłam kilka minut w objęciach żony pastora, która szeptała mi do ucha modlitwy, prosząc o pomyślność. Cały kościół, wszyscy argentyńscy i kolumbijscy zgromadzeni byli bardzo przejęci, modlili się, słyszałam tylko - Si señor, Si señor - i stałam tam z zamkniętymi oczami, starając się wytrwać. Nie zaprzeczę, że było to ciekawe przeżycie, jednak jedno takie mi wystarczy. Po zakończeniu rytuałów, zaproszono nas na przepyszny kolumbijski poczęstunek. 
Nic się nie zmienia, poznawanie kraju i kultury jest nierozerwalnie związane z jedzeniem!


Jeśli kiedyś zdarzy się Wam zajechać do Walencji, spróbujcie pysznej, zimnej Horchaty (czyt. orczaty). Możecie się wybrać do jednej z najstarszych Horchaterii, albo po prostu zakupić ją w plastikowym kubeczku od sprzedawcy ulicznego. Ja bardzo lubię te podawane gdzieś po drodze. Nic nie chłodzi lepiej w upalny dzień, jak spacer ocienionymi uliczkami w kubeczkiem białego napoju w dłoni. Spójrzcie też czasem pod nogi, gdzie zamiast bruku zobaczycie szynkę, jak to określiła Julia, córka mojej koleżanki. 

       

Tydzień w Walencji minął bardzo szybko. Odkrywałam jej zakamarki, wąski uliczki z palmami i place. Co więcej, ku mojemu zaskoczeniu, ta przygoda z muzyką okazała się jeszcze nie kończyć i we trójkę ruszyliśmy na Fiestę w Kartaginie! Zostało nam tylko wstać po całej nocy zabawy i wsiąść do odpowiedniego autobusu...


To nie była moja jedyna wizyta w Walencji, o kolejnej możesz przeczytaj tutaj



0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons