poniedziałek, 4 lutego 2013

Laos - Z dala od cywilizacji

Po tym, jak późnym wieczorem wiezieni na pace, siedząc na workach ryżu w towarzystwie szafy dotarliśmy do Nong Khiaw i przenocowaliśmy w różowym guest housie, postanowiliśmy ruszać dalej. Tam, gdzie nie ma już cywilizacji. Tam, gdzie dostać się można tylko specjalną łodzią. Tam, gdzie na pewno poznamy smak prawdziwego Laosu. 


Obudziliśmy się o świcie, aby sfotografować mgłę schodzącą powoli z gór. Byliśmy w tym miasteczku tylko przez chwilę, co więcej przyjechaliśmy późną nocą, więc chcieliśmy je poznać choć odrobinę.



O 14 wsiedliśmy na łódkę, która za 25.000kip zabrała nas do podobno odciętego od świata miasteczka - wioski zwanej Muang Ngoi Nuea. Jak się później okazało wioska już nie jest tak, jak piszą przewodniki, odseparowana od świata i łódka zdzierająca kasę z turystów w praktyce nie jest jedyną drogą. Na razie nieoficjalnie, ale już niedługo do górskich wiosek na pewno będą dojeżdżać wypakowane Anglikami autokary. 
Widoki w czasie godziny rejsu w górę rzeki przepiękne, choćby dla nich warto wybrać się w taką podróż. Płynęliśmy między pięknymi górami, mijając wioski, lokalsów i pasący się dla mnie obiad. 



Teraz, po przemyśleniu i doświadczeniu wiem, że to jednak nie było mięso dla mnie, bo w tych górskich wioskach posiłki mięsne są bardzo niepopularne i naprawdę trudno dostępne. Głównie jada się wywary z warzyw, jakiś rodzaj sałaty lub kapusty, sticky rice - czyli popularną w całej Azji odmianę ryżu kleistego i bambus - smażony, gotowany, grillowany, w zupie, w sałatce! Niebo w gębie! (ale bez mięsa...)




Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu wioska Muang Ngoi okazała się turystycznym ghettem pełnym hostelików i restauracji, więc zjedliśmy późny obiad i ruszyliśmy w drogę do wioski w górach oddalonej o jakąś godzinę drogi. Nie szliśmy sami, okazało się, że ten sam pomysł mieli poznani na łódce Francuzka Izabela i Jurek, ku naszemu zaskoczeniu, Polak. 


Okazało się, że droga pod górę z ciężkim plecakiem nie należała do najłatwiejszych, ale daliśmy radę i po zmroku dotarliśmy do Ban Na. Przywitała nas muzyka, która zdawała się być, ku naszemu przerażeniu, tworem turystów.  Jednak okazało się, że w wiosce było wesele. Pomimo, że było ciemno ruch rąk w kierunku głowy i słowa "Sleep, sleep" pomogły nam znaleźć guest house, w którym spędziliśmy kilka kolejnych dni. 
Cena 5000 kip od osoby. Bardzo rozsądnie. Dla porównania dodam, że butelka wody kosztuje w wiosce 10 000 kip, a 8000 to równowartość dolara ... 




Co zaoferowało nam Ban Na i okolice? 

Uśmiechniętych gospodarzy i przyjemne miejsce do odpoczynku u pana Thong i jego żony Nyn. Spanie na materacu i pobudki o czwartej nad ranem, kiedy pierwsze świnie urządzały sobie wyścigi pod podłogą (jeśli przyjrzycie się konstrukcji domu zrozumiecie, co mam na myśli), a koguty piały falami - jeden kończył, a drugi obok zaczynał! 




Jedzenie, które początkowo zdawało się nie mieć smaku, ale wystarczyło poprosić panią, żeby ostrzej przyprawiała. Oni tutaj chyba boją się, że turyście, czyli 'Falanowi' nie będzie smakowało.. Nigdy w swoim życiu nie zjadłam tyle kapusty, sałaty i ryżu.


Głównym składnikiem jest tak, jak pisałam, sticky rice, czyli klejący się ryż, który ugniata się w ręku i je z różnymi dodatkami. Dzieci chodzą tutaj z kulą ryżu w ręce przez cały dzień, odrywają kawałek, maczają w chili, którym jest posypany z wierzchu i są całkiem szczęśliwe.




Laotańska lodówka w górach...chyba nie muszę tego komentować, a o zimnej coli czy piwku możecie sobie jedynie pomarzyć.


Wycieczki w góry, w dżunglę i nad wodospady. Muszę przyznać, że w okolicach Ban Na nie udało nam się odnaleźć największego z wodospadów, do którego dojście prowadziło korytem górskiego strumienia. Ale nie byliśmy przygotowani na wędrówkę pełnym kamieni dnem i nikomu tego nie polecam, jeśli nie ma butów na nogach. 






Wizyty w sąsiednich wioskach, rozmowy z turystami i ludźmi, którzy przyjeżdżają tam na dłużej, uciekając od świata. Z mieszkańcami rzadko udało się naprawdę porozmawiać, gdyż jednak większość nie włada żadnym językiem, poza własnym dialektem laotańskiego.






Pomimo, że wioskach często są już pojedyncze komórki, telewizory, motocykle, to jednak taki widok dla nich nie jest niczym niezwykłym, a dla nas - turystów, podróżników - zdaje się być właśnie tym, po co przyjechaliśmy. Satelitarna rozmowa międzymiastowa..


Kąpiel i pranie w rzece były bardzo ciekawym doświadczeniem, szczególnie, kiedy pierwszego dnia właścicielka zabrała nas nad tę właśnie pogrążoną w ciemności nocy rzekę mówiąc całą drogę "Szałer, szałer" .. Nie żebyśmy spodziewali się czegoś specjalnego, to jednak rzeka była niemałym zaskoczeniem. 







Ban Na to także czas spotkań z nowymi i już znanymi podróżującymi. Tak, jak pisałam, mieszkaliśmy w domku z Jurkiem i Izą, a po drodze spotkaliśmy Michała, który przyszedł do nas kolejnego dnia i znów było tak fajnie, że nie mógł nas opuścić prze kolejne dwa dni, a my miłosiernie pozwoliliśmy mu zamieszkać z nami w pokoju...




Mieliśmy też okazję zjeść kilka tradycyjnych posiłków i napić się tutejszego bimbru Lao Lao z rodziną gospodarzy, która w sobotę przyjechała z miasta z szafami na sprzedaż. 



Poza tymi wszystkimi pozytywnymi stronami Ban Na, niestety, pozostanie też miejscem, w którym pierwszej nocy ukradziono mi wszystkie pieniądze. Mała spokojna wioska niech Was więc nie zwiedzie.. Oczywiście nikt nic nie widział ani nie słyszał, nasz gospodarz nie wiedział co zrobić, poza tym, że było mu przykro.  Wierzymy, iż nie miał z tym nic wspólnego, gdyż cały dzień z rozpaczy "utraty imienia" (stało się to pod jego dachem) płakał i pił z kolegami, a w nocy po pijaku zaproponował nawet, że sprzeda swoją kaczkę, żebym odzyskała pieniądze. 



W taki sposób z połową pieniędzy, po wymianie 4 euro i 20 złotych na tutejszą walutę, dzięki turystom dobrego serca, ruszyliśmy w drogę powrotną na pieszo nowo wybudowaną, choć jeszcze nie skończoną drogą, której nie ma na mapach, ale niedługo na pewno zmieni te eko - wioski w kolejne punkty masowego "turyzmu lonely planet". A co spotkało nas w tej drodze i co ciekawego tym razem, to już w kolejnym poście

Zamieściłam kilka zdjęć wykonania Łukasza, czyli większość tych, na których jestem ja, a także kilka zrobionych przez Michała Krawca

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons