niedziela, 29 grudnia 2013

Azja - Jedzeniowy zawrót głowy - Filipiny


W momencie wylotu same problemy i niepewność, a po przybyciu fascynacja. Gościnność i tony jedzenia w najróżniejszym wydaniu, to moje wspomnienia z Filipin. Kraina garnków ze skarbami.


Pomimo, że Filipiny pamiętam, jako kraj przepysznego jedzenia to zdjęć wyjątkowo mało. Spróbuję więc pokrótce opowiedzieć wam, czym może przywitać was ten raj tysięcy wysp. 

Nie spodziewaj się rewelacji, to kraina pieczonego kurczaka

Nie wiem, jak to się dzieje, ale i w Azji będąc i nawet w Polsce po powrocie słyszałam, że głównym pożywieniem, które dostępne jest na Filipinach są pieczone kurczaki. No kurczę, nie widziałam. Rozumiem, że Amerykanie byli, stacjonowali, swoja spuściznę przekazali, ale.. czy ci, którzy Filipiny odwiedzili nie widzieli garnków?! Pytam się, gdzie mieliście oczy mijając garnkowe knajpy? Gdzie mieliście nosy? Tam naprawdę ukryte są skarby. Pyszne potrawki. Z kurczaka też. Wszelkie mięsa, ryby i warzywa. Wszystko, czego dusza zapragnie. Można na miejscu, przy stoliczku, gdzieś pod ścianą, można w woreczku na wynos. Bierzcie i jedzcie to wszyscy! Raj! 


Po co nam chleb, mamy ryż

To było dla mnie niesamowite...ryż do śniadania, ryż do obiadu, ryż do kolacji. Zawsze i wszędzie. Nie używamy widelców, zagarniamy ręką niczym małą łopatką. Smacznego. Po 3 tygodniach nie mogłam patrzeć więcej na ryż.




Panowie - do garów!

Okazało się, że mieliśmy szczęście trafiając na Wielkanoc do Pampangi. Nie dość, że naszym hostem okazał się przemiły ksiądz - Santos - to jeszcze mieliśmy przyjemność gościć w regionie, gdzie, podobno, najlepiej gotują. Mieszkańcy twierdzą, że nie ma lepszego jedzenia niż u nich. Każdy tam potrafi gotować i okazało się, że rzeczywiście. U Santosa jedzenie przygotowywali tylko mężczyźni. Było pysznie. Ryby, owoce morza, ryż (!) i wszelkie smakołyki, których powinniśmy spróbować zanim opuścimy wyspę. Niesamowite. 





W gościnie

Powtarzam, że większe szczęście niż gościna u Santosa chyba nie mogło nas spotkać. Wydaje mi się, że mamy dużo wspólnego z Filipińczykami. Tam też, kiedy ktoś Cię zaprasza to z pustym żołądkiem nie wyjdziesz. "Nie jesteś głodna? Ojej. To zjedz chociaż trochę pasty z tuńczyka. Banana. Rybkę. I popij colą." Jedno, co zapamiętałam szczególnie, to ryżowe chlebki. Miękkie. Pyszne. Nie mam pojęcia, jak zrobione, ale warto spróbować, jeśli kiedyś spotkacie. (4. zdjęcie)










Przy drodze, nie przy drodze.. byle lokalnie

To, czego nauczyłam się w Azji to: szukaj małych miejsc. Bez turystów. Bez menu po angielsku. Z lokalsami. Pytaj! Może w Laosie nie zawsze, bo czasem zupa śmierdziała. W Malezji jedzenie właściwie wszędzie było dobre, choć czasem lepsze.. W Tajlandii i na Filipinach warto było zapytać, gdzie jest dobre jedzenie. Nie dla turystów. "Gdzie Ty jesz?" 
Dzięki temu jest szansa na lokalne specjały. Nie rozumiesz co to takiego? Nie szkodzi. Zapytaj, czy dobre. Może dostaniesz zupę z bananem. Może panierowane chilli. Może smażone niby-naleśniki, którym nie możesz się oprzeć. Co ważne sprawisz ogromna przyjemność ludziom, którzy to sprzedają, bo turyści rzadko tam zaglądają. Ucieszą się. Ugoszczą. Porozmawiają. 
A może jeszcze do tego będzie z tobą rozmawiał 11 letni chłopiec (bo mówi po angielsku najlepiej z całej rodziny) i na pytanie: Jak to powinnam jeść? odpowie: No wiesz, staraj się łyżką. 






Słodkie pyszności

Filipiny to bogactwo smaków i kolorów. Pełne smaku i słońca owoce. Dragon fruit, który zachwyca różową skórką. Słodkie mango, które wyjmuje się ze skórki przy pomocy szklanki. Kwaśne, twarde mango, którego trzeba koniecznie spróbować z pastą ze sfermentowanych krewetek. Halo - halo lodowy deser, bez którego pobyt na Filipinach nie ma sensu. Czy też porzeczkowa, piankowa babeczka z Red Ribbon....aż mi ślinianki zaczęły znów pracować. 








Cuda nie dziwy..czyli o czym nawet myśleć nie chcecie


Laos był miejscem (prawdopodobnie szczurzych) wnętrzności i wódki z żółwiem. Tajlandia krajem robaków i skorpionów. Malezja przeszła bez większego echa udziwnień kulinarnych. Jeśli chodzi o Filipiny, to... po pierwsze i obowiązkowe na liście jedzeniowych wyzwań: BALUT. Czyli ugotowane jajko z rozwiniętym już częściowo zarodkiem kaczki. Sprzedawane przy drodze, głównie nocą. Jedzone zazwyczaj po wyjściu z pracy, wieczorem. Jest już dzióbek i można trafić na piórko..z solą lub octem. 



Poza Balutem jest też ZUPA nr 5. Zrobiona z wołowych genitaliów. Zjadłam. Nie smakowała mi. Ot, koniec bajki, ale spróbować warto. 



Amerykanie stacjonowali przez lata na Filipinach. Przywieźli chleb tostowy, pieczone kurczaki i angielski do szkół. Ważniejsi jednak są Hiszpanie. Kolonizatorzy. Ale nie o historii chciałam. Znacie San Miguel - hiszpańskie piwo. Otóż, nie do końca hiszpańskie. Do Hiszpanii pojechało z Filipin. tutaj właśnie powstało i ma się świetnie. A swoja drogą przedmieścia Manili mają latynoski, nie hiszpański, klimat. Ciekawy to kraj. 






1 komentarze:

  1. No wiec tak, baluta bym nie zjadla, koniec, toczka ;) Ale na takie garnkowe pysznosci mam zawsze ochote!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że dzielisz się ze mną swoją opinią! To dla mnie ważne.

Facebook Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Best Web Hosting Coupons